
Zapach dzieciństwa przynosi ze sobą woń chmielu z Browaru Heweliusza oraz przepyszny zapach czekolady Wedla z pobliskiej fabryki (R.I.P). Wiatr dzieciństwa niesie ze sobą smrodek zębów Skubiego, który był starym spanielo podobnym psem z próchnicą. Zapachy i zapaszki mojego Wrzeszcza są odczuwalne tu w Szczecinie. Różnią się... Woń kamienicy w Gdańsku nigdy nie będzie pachnieć tą samą wilgocią co tu. Szczecin dla mnie ma swoją specyficzną wonność , wonność pomieszaną z tęsknotą, czekoladą Gryfu i brudem miasta. Jest tyle zapachów za, którymi tęsknię. Próbowałam przypomnieć sobie zapachy, które były ze mną podczas miłych chwil, bo tylko o pozytywach chcę myśleć -.- # Najważniejszym i pierwszym jaki przyszedł mi do głowy to zapach mojego rodzinnego domu. Pomieszanie zapachu domowników, proszku do prania, mebli, gotowanych potraw. Aromat perfum Mamy, Rudej i Szweda (dawno tak go nie nazywaliśmy). Zapach Luiego ciuchów i pokoju przesiąkniętych smarem i olejem od Vespy. Ludens zawsze walił maszyna lub podwórkiem. Ruda pachnie Rudą. To takie pomieszanie passion dance, jej szamponu i pudru + jej własny zapach. Trudniej jest skojarzyć zapach kojarzący się z Luwikiem. Myśląc o nim widzę Afrykę... jak o chuja pachnie afryka?! Mieszkałam w jego mieszkaniu kilka miesięcy i najbardziej będzie mi się kojarzyć z jego drukarką. Tak zapach Ludwika to wciągnięta karta w drukarkę (to też ma swój zapach). Najlepsze skojarzenie z Justyną to jej ciasteczka za czasów licealnych (jej licealnych). Wyglądały niezbyt zgrabnie bo jak gigantyczne bobki królika. PRZEPYSZNY aromat mleka w proszku i kakaa ^^ mniam mniam. Justyna pachnie też dwójka cudownych dzieci(mamo co mam robić i małą księżniczką co nazwała rybke PIES) dowcipem swojego męża. Myślę też o miejscach. Szczecin jest bardzo old school-owy, naprawdę! Przechadzając się, niektórymi ulicami można cofnąć się w czasie. Mam tu swoje ulubione kąty, ulice, sypiące się kamienice i miejsca. Za nic w świecie nie zastąpią chociażby Składów czegoś tam przed dworcem we Wrzeszczu. W sobotnie i niedzielne popołudnia witał mnie i ruda napis Depeche Mode <3 który jest do dziś. Przesiadywałyśmy tam całymi popołudniami, paląc Vicki (o fu o dziś krzywi mi się ryj jak pomyśle o nich) i gadając o totalnych bzdurach. Najgorszym momentem w dziejach tego miejsca było zamalowanie "naszych" króliczków. Przez ten zabieg składy stały się hip hopowe a nie jak były wcześniej psychodeliczne =^w^= Króliczki zniknęły, zniknęłyśmy i my......
Rano wybiegając z domu do pracy sięgnęłam na moją cudowną półkę DOBRYCH książek, które czekają na swoja kolej. Tak po 4-rech miesiącach przerwy od Pana Suworowa wzięłam do ręki jego książkę ( a mam ich dużo ^w^). W pracy okazało się, że wzięłam nie tą co chciałam, w dodatku była to kontynuacja "Kontroli". Wyszło na to że pan Wiktor nie był mi na dzisiaj pisany... w końcu go dorwę!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz